Wiwarium – czego ja właśnie byłem świadkiem? [recenzja]

Są filmy tak nietypowe, że  „odzobaczyć” już się ich nie da. Wrażenie to co prawda całkowicie subiektywne dla różnego typu odbiorców, ale dzieło Lorcana Finnegana większość z nas może spokojnie sobie na tego typu listę wpisać.

A początkowo wydawałoby się, nic tego nie zapowiada, bo i podstawowy rys scenariusza jest wyjątkowo nieskomplikowany. Mamy młoda parę która decyduje się obejrzeć potencjalne lokum na nowo budowanym osiedlu bliźniaczo do siebie podobnych domków jednorodzinnych. Pierwsza wizyty jest jednak ostatnią – jak się wkrótce okazuje, agent nieruchomości znika bez śladu, a nasi bohaterowie orientują się, że znaleźli się w miejscu, z którego nikt po dobroci ich ni wypuści. Sprawy jeszcze się skomplikują, gdy zupełnie niespodziewanie, do wymienionej dwójki dołączy dziecko. Co więc tak naprawdę się dzieje? Odpowiedź na pytanie, trzeba będzie z całej sytuacji wyłuskać samemu.

I mowa tu nie tylko o bohaterach, ale i tych którzy na zapoznanie z ich losami się zdecydowali. Po finalnych scenach następuje bowiem tytułowa refleksja i to taka, od której ciężko uciec, rozbierając film na czynniki pierwsze. O cóż w filmie Finnegana miało zatem chodzić? Jasnym jest, że, pretekstowy scenariusz ma prowadzić  nas do rysującego się na horyzoncie metaforycznego celu – ale czy ów cel warty jest całej podróży – można się sprzeczać. Czy więc mamy tu do czynienia z metaforą posiadania potomków? A może kręgu beznamiętnej egzystencji w ogóle? Jakkolwiek by nie interpretować fabuły, podanie jej w tak nihilistycznym, wypranym z ludzkich emocji tonie jak prezentuje to „Wiwarium”, niemal gwarantuje widzowi stany depresyjne. Na tym polu, a wiele wskazuje na to, że owa forma przekazu została zastosowana całkowicie celowo, Finnegan niewątpliwie odnosi sukces – pytanie tylko czy nie poświęcając przy okazji całej reszty elementów, które decydują o emocjonalnym zaangażowaniu odbiorcy.

I nie mam tu na myśli strony technicznej widowiska – bo zarówno Jesse Eisenberg, jak Imogen Poots, mimo, ze jako ekranowa para pasujący do siebie jak pięść do nosa, ze swoich zadań wywiązują się dobrze, a obrzydliwie zielona osiedlowa scenografia potrafi zarówno razić obojętnością i wyzuciem z jakiegokolwiek indywidualizmu, by pod koniec wywoływać u nas (i bohaterów) już odruch wymiotny, to jednak o większe zaciekawieni całą intrygą jest niezwykle trudno.

Największą winę ponosi tu całkowita enigma w jakiej postawieni zostają zarówno bohaterowie, jak i my sami. I jasne, nic to przecież złego, a filmów kryjących asa w rękawie do ostatniej sceny jest przecież na rynku całe mnóstwo – problem jednak w tym ze w ciągu kolejnych kilkudziesięciu minut wlekącej się z żółwią prędkością akcji, w żaden sposób nie czuć, że do jakiegokolwiek rozwiązania rzeczywiście się zbliżamy. Gdy w końcu jednak karty zostają odkryte, satysfakcji brak – bo jesteśmy już znużeni na tyle, że energii starcza nam na podyktowane lekką irytacją wzruszenie ramion. Dodać do tego należy pewne pojawiające się w fabule kwestie, które w rozwiązaniu zostają całkowicie pominięte – tak jakby uwaga twórców skupiona była wyłącznie na metaforycznej otoczce fabuły. Trudno więc ostatecznie nie poczuć się nie tyle z rozmysłem wywiedzionym w pole, co zwyczajnie przez twórców oszukanym.

Coś więc nie bardzo w tej hybrydzie science fiction i psychologicznego horroru Finneganowi wyszło. Zbyt wiele pytań pozostaje tu bez odpowiedzi, zbyt wiele znaczeń jest dla odbiorcy zwyczajnie niejasnych. Zbyt nieludzkie więc ostatecznie to „Wiwarium” by skutecznie opowiadać o meandrach ludzkiego skądinąd, umysłu.

Foto ©  Lovely Productions

Wiwarium

Nasza ocena: - 50%

50%

Reżyseria: Lorcan Finnegan. Obsada: Imgoen Poots, Jesse Eisenberg. Irlandia/Dania/Belgia, 2020.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski
Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Diabeł wcielony – różne wersje Boga [recenzja]

Zwykliśmy przyjmować, że nasze życia są sumą podyktowanych światopoglądem wyborów, ale rzadziej już zastanawiamy się, …

Leave a Reply