Love and Monsters – z kuszą na robale [recenzja]

Nakręcenie dobrego kina familijnego to wbrew pozorom niełatwa sztuka, trzeba bowiem zadbać o potrzeby młodszych tak, by nie stracić zainteresowania bardziej doświadczonej widowni. Filmowi Michaela Matthewsa udaje się to co najmniej dobrze.

W filmie Amerykanina wszystko zaczyna się od katastrofy… której udaje się uniknąć. Oto bowiem lecąca w kierunku Ziemi asteroida zostaje zniszczona setkami rakiet. Święto zjednoczonej ludzkości trwa jednak niezwykle krótko – wkrótce bowiem związki chemiczne znajdujące się w pociskach wracają do atmosfery, a na całą planetę spada mutagenny deszcz. To znaczy taki, który powoduje, że mrówki urastają do rozmiarów domów, a ćmy atakują Biały Dom. Jedna apokalipsa szybko zostaje zastąpiona drugą, większość populacji traci życie, a pozostali uciekają do podziemnych schronów, gdzie starają się przetrwać. Ziemię opanowały potwory, bez dwóch zdań – i właśnie w takiej rzeczywistości musi odnaleźć się Joel. Gdy jednak okaże się, że jego zaginiona przed laty młodzieńcza miłość żyje, ale znajduje się w niebezpieczeństwie, nie do końca potrafiący wpasować się w grupę innych mieszkańców schronu chłopak stanie wkrótce przed decyzją życia – szalenie niebezpieczną podróżą przez powierzchnię. Czego się jednak nie robi dla miłości, prawda?

Jeśli spojrzeć z lotu ptaka na fabułę „Love and Monsters”, trudno nie westchnąć z rozczarowaniem – schemat zdaje się gonić schemat, a motywacja protagonisty jest raczej z tych zdawkowych. W tym momencie można już ze sporą dozą prawdopodobieństwa zawyrokować, że seans filmu Matthewsa do tych najłatwiejszych należeć nie będzie. Tyle że, jak to z tymi dobrymi produkcjami przygodowymi bywa, ich jakość nie do końca leży w scenariuszu – a raczej umiejętności jego przedstawienia tak, byśmy setny raz zaangażowali się w to samo. A „Love and Monsters” jest filmem zaskakująco dobrym. Na jego korzyść przemawia już energiczny początek, w którym dostajemy dobitnie do zrozumienia, że historia ma do siebie dystans. Kilka pierwszych żartów nie tyle rozbawia do łez, co bardziej po prostu trafia w tarczę, my układamy się wygodniej w fotelu i znów obserwujemy wariację w temacie „od zera do bohatera”, mając absolutnie w głębokim poważaniu to, że jej finał znamy w zasadzie od pierwszej sceny.

Co zatem sprawia, że oklepany temat dostarcza w tym wypadku sporo dobrej zabawy? Ano przede wszystkim to, że Matthews udanie łączy w swoim filmie kilka sobie gatunków. Z jednej strony mamy tu dość typowe kino przygodowe z elementami właściwymi dla horroru, post-apo, komedii i wspomaganej ważkim dla młodych odbiorców morałem familiady. W teorii, nie ma to prawa działać. W praktyce jest zupełnie na odwrót, a proporcje są dobrane na tyle dobrze, że podczas seansu „Love and Monsters” nie tylko trudno się nudzić, ale wręcz można zacząć snuć plany polecenia go młodszym krewnym, jako udanego „gateway science fiction”.

Swoją cegiełkę do i tak już dobrego wrażenia dokłada też godna poziomu kinowego (tak, dobrze się domyślacie – to kolejna filmowa ofiara COVID-19) realizacja z komputerowo ożywionymi monstrami na czele i cholernie dobry casting. Dylan O’Brien ma w sobie wystarczająco wiele chłopięcego uroku, byśmy w jego nieudacznego Joela uwierzyli i po części dostrzegli w nim samych siebie, a przy tym nie parskali ze zniecierpliwieniem na infantylizm. To głównie na nim skupimy się podczas seansu, ale i na drugim planie pojawiają się perełki – a już w szczególności jedna, w postaci podróżującego po powierzchni specjalisty od przetrwania w towarzystwie przybranej córki, odgrywanego przez Michaela Rookera. Zaręczam, przy spotkaniu tej dwójki uśmiechniecie się pod nosem niejeden raz.

Wszystko to składa się na film, który dostarcza sporo rozgrzewającej serce zabawy i tak diabelnie potrzebnej odskoczni od chaosu dziejącego się za oknem. Czy od kina science fiction targetowanego dla nastoletniej widowni można wymagać czegoś więcej? Może obecności wiernego psa, który okaże się prawdziwym zakapiorem? Chociaż czekajcie… jego tam też znajdziecie.

Foto © Paramount Pictures

Love and Monsters

Nasza ocena: - 75%

75%

Reżyseria: Michael Matthews. Obsada: Dylan O’Brien, Michael Rooker, Jessica Henwick i inni. USA, 2020.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski
Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Czyj to dom? – piekło uchodźców [recenzja]

Filmowy horror niejednokrotnie udowodnił, że przy pomocy pewnych gatunkowych elementów potrafi stanowić doskonałe tło dla …

Leave a Reply