Gorący temat

Neoloegendy krakowskie – urban tales po krakosku [recenzja]

„Neolegendy krakowskie” zaoferowały mi coś znacząco odmiennego, od tego, czego spodziewałem się sięgając po ową antologię. Co nie znaczy, że lektura zawiodła – wręcz przeciwnie. To nie przetworzone przez autorów klasyczne krakowskie legendy i podania, ale próba budowania nowej – choć bezsprzecznie osadzonej w tożsamości kulturowej Krakowa – miejskiej mitologii.

Czy miasta potrzebują legend? Myślę, że w jakimś stopniu są one miejskiej przestrzeni niezbędne, bowiem nadają jej wielowymiarowości, ożywiają materialną tkankę samego miejsca, nadając mu głębi i życia. Czym innym jest odkrywanie samych obiektów, ulic, kamienic, zabytków, a czym innym patrzenie na nie przez pryzmat historii, ale i niezwykłych, często magicznych, nadnaturalnych opowieści, jakie się z nimi wiążą.

Jednak twórczynie i twórcy „Neolegend krakowskich” nie wzięli – jak wspomniałem na wstępie – na warsztat istniejących już, zakorzenionych w powszechnej społecznej świadomości legend, ale postanowili wykreować nowe. Wyhodować je na miejskiej tkance, mniej lub bardziej osadzając w historii miasta, ale nieodzownie posiłkując się jego topografią. Nie wszystkie nowele spełniają moim zdaniem wymóg, konieczny do nadania im statusu „neolegendy” sensu stricte – przynajmniej w zakresie konstrukcji fabularnej – jednak niewątpliwie wszystkie snują opowieści osadzone w przestrzeni i historii Krakowa i z nim są organicznie związane.

Otwierające zbiór „Materiam superabat opus” Pawła Majki to historia spoglądająca w przyszłość i jednocześnie uwidaczniająca niewątpliwą namiętność autora do literackiej destrukcji. Oniryczne, senne, wysnute od postaci Teodora Talowskiego – jednego z najoryginalniejszych krakowskich architektów – napawa smutkiem i nostalgią. I robi to w sposób doskonały. Majka potrafi tchnąć życie w swoich bohaterów, uwiarygodnić ich, sprawić, że współodczuwamy ich emocje. Tak jest i tym razem, mimo niezwykłości ich doświadczeń i ponurego sztafażu, w jakim zostali osadzeni. „Szarkań” Lecha Baczyńskiego sięga po dzieje królowej (króla?) Jadwigi, którą historia usadziła na polskim tronie stanowczo zbyt wcześnie, w nastoletnim wieku. Okraszone magią i legendą o Smoku Wawelskim snuje opowieść z przymrużeniem oka, jednak sięgając po mocną podbudowę faktograficzną. Czyli bawi się konstrukcją klasycznej legendy, gdzie rzeczywistość miesza się z fikcją i społecznym wyobrażeniem.

Z kolei w zupełnie odmiennym kierunku, niż dotychczas wspomniane teksty, zmierza „Aleja Gąsienic” Katarzyny „Ophelii” Koćmy. W oparciu o rzeczywistą krakowską aleję Adolfa Dygasińskiego bawi się mocno formą, unurzaną zresztą w oparach klasycznych songów z okresu kontestacji i sięgającą po zupełnie abstrakcyjną w finale linię fabularną. Opowiadanie bardzo sprawnie skonstruowane, przesycone fascynacją ruchem hippisowskim i swoistym, silnie podkreślanym pragnieniem szczęścia dla wszystkich. Opowiadanie w mało znanej w Polsce estetyce slipstream może kojarzyć się czytelnikom z bizarro fiction (które też opiera się na podbudowie pierwiastka „dziwności”, aczkolwiek, odmiennie od slipstream, mocno osadzonego w grotesce i satyrze). Ale też prowokuje do odkrywania mniej znanego, mniej oczywistego Krakowa, którego mogą nie kojarzyć nawet tubylcy.

Po mocno tęczowym opowiadaniu, znów czas zanurzyć się w mrok i zniszczenie, za sprawą Michała „Skoliotyka” Tomczyka i jego „I o jeden dzień dużej”. To opowiadanie nieoczywiste, podobnie jak w przypadku tekstu Majki – sięgające po sztafaż postapo, ale też, jednocześnie, osadzające w kontekście legendy pewien, bardziej współczesny, ale w swej oryginalnej formie nie istniejący już w miejskiej przestrzeni element – słynny krakowski Szkieletor. I tu uwidacznia się ciekawy efekt całego projektu, który wykorzystując estetykę „urban legend” kształtuje nowe, w oparciu o charakterystyczne, współczesne, ale zarazem już w pewien sposób przebrzmiałe krakowskie symbole, unieśmiertelniając je, osadziwszy w szkielecie neolegendy.

Artur Siwek w „O tym, jak król Zygmunt przeniósł stolice do Warszawy” sięga, jako kolejny autor „Neolegend”, po historyczny sztafaż, takąż, znaną z kart historii postać alchemika Sędziwoja i fascynujące niuanse alchemicznych starań, którymi w pewnym okresie żyła cała Europa, z akcentem na wszystkie królewskie dwory. To przyjemna, klasyczna historia, bawiąca się zwyczajnym, ludzkim pragnieniem bogactwa, które jest nieprzemijające, niezależnie od czasów, co czyni opowiadanie nadal w pewnym stopniu aktualnym w wymowie.

Krótkie, ale bardzo treściwe „Miastowymiary” Olgi Niziołek zachwycają dreszczem, które potrafią wzbudzić. Przywodzą na myśl najlepsze opowiadania z serii „City”, sięgającej po miejską grozę sensu stricto. Doskonale wpisuje się w temat Krakowa i opowieści o nim. Nieprzegadane, zwięzłe, ale ze znaczeniową głębią, która pozwala odczytywać je wciąż i wciąż na nowo. Osobiście chętnie przeczytałbym dłuższą formę opartą na tym motywie fabularnym.

Za to „Smokołap” Adama Grotha sięga po gaimanowską manierę odnaturalniania prozaicznej rzeczywistości wokół nas i sprawdza się to znakomicie. Mocno gra na nucie nostalgii, co akurat trafnie pasuje do fabularnego pomysłu. Niby prosta opowieść, ale jednak rezonująca z oczywistą tęsknotą za dzieciństwem, kiedy wszystko było z jednej strony prostsze i lepsze, a z drugiej każde zdarzenie miało w sobie posmak niezwykłości, wręcz epickości.
Agnieszka Bar w „Czasie mamutów” sięga po archeologiczne odkrycia, by pokazać legendę zaklętą w przedmiocie, na przestrzeni wieków. I jednocześnie – ukazuje, jak fascynująco można cofać się w przeszłość, budując opowieść w oparciu o losy drobiazgu. W tym przypadku – podobnie, jak w „Miastowymiarach” – chciałoby się nieco dłuższej historii.

Zresztą, podobna uwaga tyczy się „Żywych skamielin” Kazimierza Kyrcza Jr. Skondensowane, pełne odniesień do krakowskiego legendarza, zdaje się nieco niewykorzystanym potencjałem. Opowiadanie, które smacznie się zaczyna i zbyt gwałtownie kończy.

„Zaklinacz światła i szumu” Pawła Dybały to nieco nostalgiczna, mocno wrosła w Kraków opowieść, która miesza klasyczną historię z dawnej stolicy Polski z jedną z najbardziej absurdalnych, a zarazem najurokliwszych teorii spiskowych – Reptilianami. Bardzo przyjemnie napisany tekst, w którym pierwszorzędną rolę gra miejska przestrzeń i minione dzieje miasta, a dodatkowo finalnie autor zgrabnie puszcza oko do czytelnika, korzystając z popularnej „neolegendy” o globalnym zasięgu.

Natomiast „Legenda o Sławku Popromiennym” okazuje się być jednym z najlepszych tekstów zbioru. Swoista, nostalgiczna podróż do czasów dzieciństwa (którą niżej podpisany, nieco tylko młodszy od autora dobrze pamięta i z rzewnością wspomina). Bardzo mocno kojarzy mi się „Legenda…” z prozą Łukasza Orbitowskiego, choćby z „Czasu Cezarów”, albo z bardziej fantastycznej jeszcze „Sfory”, ale nawet nie tyle w treści, co w formie. A forma w przypadku noweli Rewiuka jest co najmniej znakomita. Autor ma literackie wyczucie, umie świetnie budować nastrój, na podbudowie świata bezsprzecznie minionego, a jednocześnie bawić się niedopowiedzeniem (bo odczytanie w pełni zależne jest od tego, czy uwierzymy w opowieść o tytułowym Sławku Popromiennym, czy też nie). Dodatkowo – mimo, że historia wrośnięta jest mocno w krakowską Nowa Hutę, twór wręcz autonomiczny, mimo, że wciśnięty administracyjnie w miejskie granice – to tak naprawdę jest opowieścią uniwersalną, która – po zmianie określonych punktów topograficznych danej lokacji – mógłby rozgrywać się wręcz w dowolnym polskim mieście. A to sprawia, że tekst staje się atrakcyjniejszym dla szerszego grona odbiorców, choć w zaprezentowanej formie bezsprzecznie jest krakowski pełną gębą.

Aneta Pazdan „Wszystkimi grzechami Walerii Schulz” mnie zszokowała. Czułem przy lekturze podskórny lęk, niesmak, miejscami wręcz obrzydzenie. Ale to akurat w przypadku horroru stanowi li tylko zaletę. Jako że w literackiej grozie poniekąd się specjalizuję, muszę przyznać, że dawno nie czytałem opowiadania tej klasy. Mroczny, niepokojący, wzbudzający w czytelniku podświadome, ukryte głęboko lęki, nie spłycone do jarmarcznej, widowiskowej hucpy – jak to w horrorowej nowelistyce niestety bywa. Są tu elementy gore, ale użyte nie dla samego epatowania makabrą, ale solidnie osadzone w fabule, a tym samym dużo mocniej oddziaływające na czytelnika. Dodatkowo dwuznaczna w ocenie główna bohaterka, której – mimo wszystko – nie możemy jednoznacznie pejoratywnie określić. To jej tragizm jest tutaj najbardziej bolesny, najbardziej dotkliwy.

Izabeli Grabdzie dałem się nabrać. Po lekturze jej „Schodów” byłem przekonany, że poznałem jakąś nieznaną mi dotąd, krakowską legendę, związaną z mało znanym kościółkiem Św. Wojciecha, usytuowanym w obszarze miejskiego rynku. W rzeczywistości to nie autentyczna legenda wpleciona w zgrabną, romantyczną historię, ale w całości, od podstaw autorska kreacja fabularna Grabdy. Jest tu gros słowiańszczyzny, są wątki odnoszące się do chrześcijaństwa, jak sam katolicki kościółek – co zresztą zwraca uwagę na zainteresowanie Grabdy sakralnym budownictwem, które często ma w jej twórczości (szczególnie tej o sztafażu fantastycznym) bardzo konkretne osadzenie w fabule. Całość jest przyjemna w odbiorze i bardzo dobrze się czyta. Zwłaszcza jako odskocznia po mrocznym, depresyjno – makabrycznym opowiadaniu Pazdan. A dodatkowo to jeden z najprzyjemniejszych tekstów w zbiorze, który przypomina, ze na miłość można czekać, ile trzeba. A właśnie po to, by przypominać takie rzeczy, powstają legendy, prawda?

Michał Stonawski w „Ostatnim rejsie Jonasza” próbuje – podobnie jak Tomczyk – mitologizować współczesne quasi – symbole Krakowa, jakim są – teraz bardziej jako turystycznie, niż komunikacyjnie eksploatowane – wiślane statki rzeczne. Widać tutaj mrugnięcie okiem do galara „Boudicca”, który powoli wrasta w miejską tkankę, a ściślej, w krakowskie nabrzeże, oswajając mieszkańców ze swoją obecnością. A u Stonawskiego sama brytyjska bogini – a ściślej, jej niematerialna afirmacja – odegra niepoślednia rolę. Opowiadanie Stonawskiego wpisuje się w ciekawy nurt fantastyki przygodowej, z mocnym rysem patriotycznym, który jednak aż prosi się o dłuższą formę, bo historia zaostrza apetyt, by zbyt nagle się skończyć. Zgrabnie rozegrany twist i ciekawa konstrukcja całości to czynniki, które plasują opowiadanie Stonawskiego w czołówce najlepszych opowiadań antologii.

Całość wieńczy nowela „Pieta” Marcina Tomasiewicza. I trzeba przyznać, że to znakomite zwieńczenie bardzo ciekawej, zróżnicowanej antologii. A dodatkowo historia napisana z zaskakującym wyczuciem i pietyzmem. Autor, zafascynowany średniowieczem i późnym antykiem umiejętnie transferuje swoje fascynacje, ale też ujmuje erudycją i literacką sprawnością, która charakterystyczna byłaby bardziej dla doświadczonego pisarza, nie zaś – bądź, co bądź – autora początkującego. Z wielką ciekawością czytałem „Pietę”, strona po stronie wkraczając w wykreowaną przez Tomasiewicza wizję Krakowa na wskroś uduchowionego, a w dużej mierze również magicznego. Warto obserwować tego autora, bo cechuje go wielki twórczy potencjał, który szkoda byłoby przegapić.

Kuźnia talentów. Tak zaczynam postrzegać Sekcję Literacką „Protoposty” pod przewodnictwem Pawła Majki. I choć – rzecz oczywista – są w tym gronie nazwiska bardziej i mniej doświadczone, mniej i bardziej oswojone z literackim rzemiosłem, a w końcu mniej lub bardziej obdarzone potencjałem twórczym, to wszystkie teksty zawarte w antologii warto poznać. Choćby przez zróżnicowanie, choćby przez oryginalne podejście i próby poszukiwania nowych, literackich ścieżek. Z pewnością warto, bo – prorokując – przynajmniej kilka nazwisk w najbliższych latach mocniej zaznaczy obecność w literackim środowisku fantastyki. Poza tym, każde miasto potrzebuje legend. A nowe czasy, to pora na nowe legendy. Przed Wami neolegendy, tym razem krakowskie.

Neolegendy krakowskie. Antologia

Nasza ocena: - 75%

75%

Praca zbiorowa. Pod red. Pawła Majki. Wydawnictwo Stalker Books 2021

User Rating: 4,5 ( 2 votes)

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Plama światła – wszystkie dzieci Antrovisu [recenzja]

Sięgając po „Plamę światła” nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać. Owszem, znam twórczość Pawła Matei …

Leave a Reply